„Oba , kot i pies, są bogate w cnoty i talenty, ale pies ma o jeden talent za dużo: pozwala się tresować i jeden talent za mało: nie kryje w sobie żadnych tajemnic.”
Powiedzieć, że kot jest piękny, to zwykły truizm, zwłaszcza gdy widzimy stada tych biedaków niedojadających na śmietnikach, wygłodzonych i zdziczałych ale i one nawet w takiej formie, wpisują się w puls miasta.
Moje koty to kocia arystokracja wymieszana z tzw. kotem środkowoeuropejskim tzw. dachowcem. Otóż trzy prześliczne kotki norweskie: dwie córeczki i mamusia, żyją w wielkiej przyjaźni z Pysią, która pozbawiona jest statusu arystokratki.
Fascynacja norwegami spadła na mnie niespodziewanie. W moim domu zawsze były koty, świetnie dogadywały się zarówno z psami jak i z dziećmi. Wszystkie razem tworzyły wspaniałe stado. Koty rasowe przyznam - nie zajmowały mnie za bardzo. Aż pewnego razu pojawiła się u nas Dusia – śnieżnobiała piękność, którą pokochałam ze wzajemnością od pierwszego spojrzenia. W domu było już troje kocich rezydentów: staruszka Bunia, jej córeczka Pysia (efekt chybionej antykoncepcji w późnym wieku) i Zdzisio: biało – rudy kocurek przyniesiony przez syna z lasu. Obawiałam się trochę jak ułożą się nowe „zwierzęce” relacje. Zupełnie niepotrzebnie. Dusia bardzo szybko „wrosła” w nasz dom. „Wrosła” to za mało – stała się najsłodszą, najcudowniejszą koteczką pod słońcem. Przybiegała na swoje imię, z uczuciem pieliła ze mną ogród, wyrywając pazurkami i kwiatki i chwasty, znosiła ze stoickim spokojem przytulania i uściski trzyletniego Pascala, choć muszę przyznać, wymagało to dużego samozaparcia. Kochała nas wszystkich i my ją kochaliśmy. Pomimo dotychczasowych licznych doświadczeń z kotami, Dusia ciągle nas zadziwiała, odkrywaliśmy koci świat od nowa, a ona uchylała przed nami drzwi do niego. I jak to w życiu bywa: szczęście nie jest stanem nabytym a jedynie przejściowym. Nasza Dusieńka urodziła się z ciężką, nieoperacyjną wadą serca. Nic o tym nie wiedzieliśmy. Dopiero szczegółowe badana odkryły ponurą prawdę. Dusi zostało niewiele życia. Rozsądek nakazywał nie wybudzać już jej po badaniach i pozwolić spokojnie odejść. Ale nie mogłam, nie umiałam, nie miałam siły i odwagi aby się na to zgodzić. Dusia wróciła z nami z wrocławskiej kliniki. Dostawała leki, a my z bólem zaliczaliśmy każdy jej dzień życia….
Kiedy odeszła, dom – mimo całej gromadki zwierząt - był dla mnie pusty.
Stała się kotem mitycznym, pięknym, mądrym i ukochanym, z walecznym kocim sercem. Ale zapewniam: Dusia naprawdę taka była!
Kiedy Dusia do nas trafiła, moja znajomość kocich ras była co najmniej pobieżna. Początkowo myślałam, że to jakaś odmiana persa, angory, a to jak się Państwo domyślacie…był norweg. Bardzo rzadko spotykany – nieskazitelnie biały. Zdarzają się takie egzemplarze, ale najczęściej są obciążone wadą genetyczną, na ogół są pozbawione słuchu. Dusia miała wadę serca. Prawdopodobnie jest to uboczny skutek krzyżówek genetycznych w wyselekcjonowanym obrębie rasy w celu uzyskania koloru.
Pół roku później, z duszą na ramieniu jechaliśmy do Warszawy na pierwsze spotkanie z …Lusią. A właściwie Luthien Agpamis Pl. Maleńka kicia nie mogła nosić tak godnego imienia (pamiętacie królową elfów z tolkienowskiego świata magii?) i dlatego dostała śliczne i dziewczęce imię Lusia.
Każdy kot to inny świat. Nie wróciła do mnie reinkarnowana Dusia. Kolejna kocia piękność była tzw. niebieską szylkretką z kremowym. Nie powtórzę już banału, że jest śliczna, chociaż to szczera prawda.
Cechą charakterystyczną norwegą są min. są ogonki, długie puszyste, raczej przypominające
Ogon wiewiórczy, niż koci. Powinien on sięgać co najmniej do karku. Ogonek Lusi był wyjątkowy. Paradowała dumnie po domu podnosząc go jak sztandar. Reszta kociego towarzystwa była zaskoczona nową domowniczką. Koteczka miała 3 miesiące, więc było to kocie dziecko, nagle pozbawione mamy, taty i rodzeństwa. Starszyzna najpierw przyglądała się z boku, a po krótkim czasie przejęła opiekę nad maluchem. Ale to już zupełnie inna opowieść….
Macierzyństwo naszej Lusi było dla nas sprawą specjalnego znaczenia. Najpierw szukaliśmy godnego jej partnera. Z tym nie było specjalnego kłopotu, gdyż byłam kompletnie zakochana w kocurze z Karadoku – Cyrusiu, widywałam go na wystawach i miałam nadzieję, że to on będzie ojcem naszych kociąt. Na szczęście koci mariaż się powiódł. Lusia została dostarczona do oblubieńca i na kilka dni zmieniła adres. Wyjazd okazał się owocny. Ciąża przebiegała bez zakłóceń, jeśli nie liczyć moich ataków paniki.
Urodziny poprzedzone zostały dogłębnymi studiami z zakresu literatury przedmiotu, a więc podstawa teoretyczna nie szwankowała.
A praktyka? Opuszczam zasłonę milczenia…. Dodam tylko, że Lusia okazała się świetną mamusią, rezolutną i idealnie zorientowaną w swoich obowiązkach.
Urodziła trzy prześliczne dziewczynki, które zawojowały nas totalnie.
Jako początkujący hodowca poniosłam klęskę, gdyż ewentualnych chętnych skutecznie zniechęcałam. Nie potrafiłam się rozstać z kociętami.
W rezultacie tylko Ariel weszła do nowego domu. Po ostatecznej selekcji zaufaliśmy naszym przyjaciołom, którzy nie zawiedli nas i stali się dla koteczki wspaniałą rodziną. Wenia i Asterka zostały z nami i mam nadzieję, że będą chlubą hodowli.
Arwenka urodziła się jako pierwsza w miocie i to chyba rozbudziło w niej zainteresowanie wszystkim dookoła. Dzień po dniu poszerzała swoją wiedzę o świecie, wykazując niezmienny optymizm. Biały żabocik i białe pończoszki dodawały jej urody, a niewątpliwa inteligencja i poczucie humoru – błysku w oku. Jeżeli chodzi o pieszczoty jest nie do zdarcia – zawsze chętna i gotowa, zwłaszcza w środku nocy – kiedy nabiera energii i próbuje mnie włączyć w swoje zabawy…brr..
Wenia ma jeszcze jedną zaletę – cudownie mruczy, kładzie się na szyi i prosto do ucha zwierza z kocich tajemnic. Jestem pewna, że doskonale rozumie ludzką mowę i pewnie też umie się nią posługiwać, ale z wrodzonego lenistwa jej się po prostu nie chce…
Czasami kontaktujemy się manualnie, ona łapkami i wyrazistym spojrzeniem stara się zwrócić moją uwagę na to, co jej zdaniem jest interesujące. Jest świetnym towarzyszem, chętna do wszelkich możliwych psot w ciężkich chwilach potrafi przywrócić światu właściwe proporcje…
Asterka jest kotem, który chodzi własnymi drogami, jest niezależny w poglądach i ma wyrazisty stosunek do świata. Człowiek jest owszem pożyteczny, ale tylko wówczas, gdy spełnia zachcianki kota. Czasami obdarza mnie łaskawym przyzwoleniem i pozwala się myziać. Ale nawet wówczas jej uczucia są pod kontrolą. Jest dystyngowana w każdym calu. I tak mam powód do radości, bo pozwala mi na wyjątkową - według niej - bliskość, inni mogą tylko marzyć o głaskaniu i przytulaniu. To wielka dama z klasą i bardzo przypomina mi Cyrusia.
Brała udział w I Międzynarodowej Wystawie Kotów OPOLE 2006 i w klasie młodzieżowej w swojej kategorii dostała złoty medal oraz nominację do Best in Show.
Niestety, takie imprezy są poniżej jej godności i barrrdzo ich nie lubi. Z duszą na ramieniu spróbuję ją wystawić na marcowej wystawie w Opolu. Zobaczymy, czy pozwoli się zaprezentować…
Koteczki „Z Elfiego Dworu”….
Moja pierwsza norweska kicia otrzymała imię na pamiątkę królowej elfów z tolkienowskiego cyklu „Władca pierścieni” – Luthien. Jej córeczki, zgodnie z logiką, są elfickimi księżniczkami, a więc pochodzą prosto z elfiego dworu…
To przecież oczywiste!